
Złota
Znachorka, która wierzy tylko w to, co potrafi nazwać — i daleki przysiółek, w którym rany goją się za szybko.
Zora od dwudziestu lat składa ludzi do kupy czystymi rękami i twardym rozsądkiem, i nigdy nie uwierzyła w cuda — tylko w to, co da się nazwać, zmierzyć i policzyć. Więc gdy z przysiółka Jary przychodzi wieść o ranach, które zamykają się za prędko, i kościach, które zrastają się w tygodnie zamiast miesiące, pakuje torby po wyjaśnienie, nie po błogosławieństwo.
We wsi mówią, że to dar. Mała Inka nosi na sznurku ciepły, złotawy drobiazg i nazywa go „moją złotą". Zora zamierza dojść, czym to naprawdę jest — i odkrywa, że niektóre odpowiedzi każą oddać wygodę pewności.
Ciepła, cicha opowieść o tym, że można mieć rację i wciąż nie wszystkiego naprawić — i że to nie to samo co porażka. Pierwsze, łagodne spojrzenie na świat piękniejszy i o wiele dziwniejszy, niż ludzie pozwalają sobie wiedzieć.

